cover.jpg

 

Marsz Władców

 

(KSIĘGA 2 KRĘGU CZARNOKSIĘŻNIKA)

 

 

Morgan Rice

 

 

 

 

Przekład: Michał Głuszak

 

 

 

Tytuł oryginału

 

A MARCH OF KINGS

 

 

O autorce

 

Morgan Rice plasuje się na samym szczycie listy najpopularniejszych autorów powieści dla młodzieży. Swoją renomę zawdzięcza cyklom opowieści pod tytułem THE VAMPIRE JOURNALS – obejmujący jedenaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania); THE SURVIVAL TRILOGY – postapokaliptyczny dreszczowiec obejmujący dwie księgi (kolejna w trakcie pisania); KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA – epickie fantasy, obejmujące trzynaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania)

Książki jej autorstwa dostępne są w wersjach audio i drukowanej, i zostały przetłumaczone na język niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, japoński, chiński, szwedzki, holenderski, turecki, węgierski, czeski oraz słowacki (kolejne wersje językowe w trakcie opracowywania).

Morgan chętnie czyta wszelkie wiadomości od was. Zachęcamy zatem do kontaktu z nią za pośrednictwem strony www.morganricebooks.com, gdzie będziecie mogli dopisać swój adres do listy emaili, otrzymać bezpłatną wersję książki i darmowe materiały reklamowe, pobrać bezpłatną aplikację, otrzymać najnowsze, niedostępne gdzie indziej wiadomości, połączyć się poprzez Facebook i Twitter i po prostu pozostać w kontakcie!

 

 

Wybrane komentarze do książek Morgan Rice

 

KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA zawiera wszystko, co niezbędne, aby odnieść natychmiastowy sukces: fabułę, kontrspisek, tajemnicę, dzielnych rycerzy, rozwijające się bujnie związki uczuciowe i złamane serca, podstęp i zdradę. Zapewni rozrywkę na wiele godzin i zadowoli czytelników w każdym wieku. Zalecana jako stała pozycja w biblioteczce każdego czytelnika fantasy.

Books and Movie Reviews, Roberto Mattos

 

Rice robi świetną robotę wciągając czytelnika w swoją opowieść od samego jej początku; wykorzystuje doskonałe jakościowo opisy wykraczające poza zwykłą scenerię.... Ładnie napisane i łatwo się czyta.

Black Lagoon Reviews (komentarz dotyczący Turned)

 

Idealna opowieść dla młodych czytelników. Morgan Rice zrobiła świetną robotę budując niezwykły ciąg zdarzeń… Orzeźwiająca i niepowtarzalna. Skupia się wokół jednej dziewczyny… jednej niezwykłej dziewczyny! Wydarzenia zmieniają się w wyjątkowo szybkim tempie. Łatwo się czyta. Zalecany nadzór rodzicielski.

The Romance Reviews (komentarz dotyczący Turned)

 

Zawładnęła moją uwagą od samego początku i do końca to się nie zmieniło... To historia o zadziwiającej przygodzie, wartkiej i pełnej akcji od samego początku. Nie ma tu miejsca na nudę.

Paranormal Romance Guild (komentarz dotyczący Turned)

 

Kipi akcją, romansem, przygodą i suspensem. Sięgnij po nią i zakochaj się na nowo.

vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)

 

Wspaniała fabuła. To ten rodzaj książki, którą ciężko odłożyć w nocy. Zakończona tak nieoczekiwanym i spektakularnym akcentem, iż będziesz natychmiast chciał kupić drugą część, tylko po to, aby zobaczyć, co będzie dalej.

The Dallas Examiner (komentrz dotyczący Loved)

 

Rywal ZMIERZCHU oraz PAMIĘTNIKÓW WAMPIRÓW. Nie będziesz mógł oprzeć się chęci czytania do ostatniej strony. Jeśli jesteś miłośnikiem przygody, romansu i wampirów to ta książka jest właśnie dla ciebie!

Vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)

 

Morgan Rice udowadnia kolejny już raz, że jest szalenie utalentowaną autorką opowiadań… Jej książki podobają się szerokiemu gronu odbiorców łącznie z młodszymi fanami gatunku fantasy i opowieści o wampirach. Kończy się niespodziewanym akcentem, który pozostawia czytelnika w szoku.

The Romance Reviews (komentarz dotyczący Loved)

 

 

img1.jpg

 

 

img2.jpg

 

Listen to THE SORCERER’S RING series in audio book format!

 

Now available on:
 

Amazon

Audible

iTunes

 

Książki z cyklu KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA autorstwa Morgan Rice

 

A QUEST OF HEROES (Book #1) – Wyprawa Bohaterów
A MARCH OF KINGS (Book #2) – Marsz Władców

A FATE OF DRAGONS (Book #3) – Los Smoków

A CRY OF HONOR (Book #4) – Zew Honoru

A VOW OF GLORY (Book #5) – Blask Chwały
A CHARGE OF VALOR (Book #6) – Szarża Walecznych
A RITE OF SWORDS (Book #7) – Rytuał Mieczy

A GRANT OF ARMS (Book #8) – Ofiara Broni
A SKY OF SPELLS (Book #9) – Niebo Zaklęć

A SEA OF SHIELDS (Book #10) – Morze Tarcz
A REIGN OF STEEL (Book #11) – Żelazne Rządy
A LAND OF FIRE (Book #12) – Kraina Ognia
A RULE OF QUEENS (Book #13) – Rządy Królowych

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

 

– Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
Ciągle cię widzę–
 

William Shakespeare

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Król MacGil wszedł niepewnym krokiem do swej komnaty. Wypił znacznie za dużo wina. Ściany wirowały wokół, a w głowie dudniło jeszcze od wieczornej uczty. Jakaś kobieta, której imienia nie znał nawet, przywarła do niego obejmując go w pasie. Z chichotem i bluzką w połowie już zdjętą prowadziła go do jego łoża. Dwóch strażników zamknęło za nimi dyskretnie drzwi i znikło bezszelestnie.

MacGil nie miał pojęcia, gdzie była teraz królowa. Tej nocy nawet o to nie dbał. Rzadko dzielił z nią łoże – królowa zazwyczaj udawała się na spoczynek do swojej komnaty, zwłaszcza kiedy w zamku odbywały się uczty trwające do późnej nocy. Wiedziała o słabościach króla i widocznie nie przejmowała się nimi. Jakby nie było, był królem. MacGilowie zaś zawsze rządzili, korzystając z posiadanych praw.

Komnata zawirowała gwałtownie w jego oczach. Odtrącił kobietę nie mając już ochoty na te sprawy.

– Zostaw mnie samego! – rozkazał i odepchnął ją.

Kobieta stanęła w miejscu, zszokowana i zraniona jego słowami. Drzwi do komnaty otwarły się. Strażnicy powrócili, chwycili ją za ręce i wyprowadzili. Na nic zdały się jej protesty, które wkrótce ucichły, zdławione zamkniętymi drzwiami.

MacGil usiadł na skraju swego łoża z głową podpartą na rękach. Próbował powstrzymać pulsujący w niej ból. Jakoś do tej pory nigdy nie zdarzało się, żeby pojawiał się tak wcześnie, zanim jeszcze alkohol przestał krążyć w jego krwi. Ten wieczór był jednak inny. Wszystko zmieniało się błyskawicznie. Uczta trwała w najlepsze; przed sobą miał wyborne mięsiwa i mocne wino, kiedy nagle ten chłopiec, Thor, pojawił się niewiadomo skąd i wszystko zepsuł. Najpierw ten jego wyskok i głupia opowiastka o śnie, a potem miał jeszcze czelność wytrącić kielich z królewskich dłoni.

Później zaś napatoczył się ten pies, który wychłeptał rozlane wino i padł trupem na oczach wszystkich. MacGil nie mógł się od tego momentu pozbierać. Kiedy zdał sobie sprawę, iż właśnie ktoś spróbował go otruć, poczuł, jakby go ktoś młotem zdzielił. Ktoś chciał go zamordować. Nie mieściło się to w jego głowie. Ktoś przechytrzył jego straże, jego testerów wina i jadła. Tylko jeden oddech dzielił go od śmierci. Myśl ta wstrząsała nim wciąż na nowo.

Przypomniał sobie, jak straże zabierały Thora do lochów. Zastanawiał się, czy jego rozkaz był słuszny. Z jednej strony chłopiec nie mógł w żaden sposób wiedzieć, że wino w kielichu było zatrute, jeśli sam nie dolał trucizny do niego lub w jakiś sposób nie był w to zamieszany. Z drugiej zaś strony wiedział, że Thor posiadał ukryte, tajemne moce – zbyt tajemnicze – i być może mówił prawdę: być może rzeczywiście zobaczył to wcześniej w swoim śnie. Być może Thor uratował mu tak naprawdę życie, a on odesłał do lochów jedyną, prawdziwie mu wierną osobę.

Myśli te wywołały tylko kolejną falę bólu głowy. Począł rozcierać przeorane zmarszczkami czoło, próbując pojąć jakoś to wszystko. Zbyt dużo jednak wypił tej nocy, jego umysł brnął we mgle, myśli kłębiły się i nie potrafił dotrzeć do sedna. Było zbyt gorąco – kolejna letnia, parna noc. Godziny spędzone na nieposkromionym objadaniu się i opilstwie sprawiły, iż teraz jego ciało buchało gorącem. Zaczął oblewać się potem.

Zrzucił z siebie opończę, potem wierzchnią szatę, aż została na nim jedynie koszula. Starł pot z brwi i brody, poczym odchylił się i ściągnął potężne buty jeden po drugim. Zwinął palce u stóp, kiedy poczuł chłodne powietrze. Siedział ciężko oddychając i próbując odzyskać równowagę. Jego brzuch urósł dziś i stał się nieznośnym ciężarem. Kopnięciem ułożył nogi na łożu, a jego głowa spoczęła na poduszce. Westchnął, spojrzał w górę, ponad baldachim, na sufit i modlił się, żeby w końcu komnata przestała wirować.

Kto chciałby mnie zabić? po raz wtóry zastanawiał się. Pokochał Thora niczym własnego syna i coś mu mówiło, że to nie mogła być jego sprawka. Dumał nad tym, kto jeszcze mógłby to być, jaki motyw miała ta osoba i co najważniejsze, czy spróbuje ponownie. Czy był bezpieczny? Czy słowa Argona były rzeczywiście prawdziwe?

Czuł, jak powieki robią się coraz cięższe, a odpowiedź na jego pytania wymyka się jego umysłowi. Gdyby tylko jego myśli były bardziej przejrzyste, być może rozwikłałby tą zagadkę. Ale i tak musiałby poczekać do rana, do spotkania ze swymi doradcami, aby wszcząć dochodzenie. Pytanie, które formowały jego myśli nie dotyczyło tego, kto miałby pożądać jego śmierci – ale raczej, kto tego nie chciał. Królewski dwór obfitował w chętnych do przejęcia jego tronu: ambitnych generałów; wiecznie manipulujących członków rady; żądnych władzy arystokratów oraz możnowładców, szpiegów; odwiecznych rywali; skrytobójców nasyłanych przez McCloudów – być może również wysłanników z Wilds. A być może był to ktoś znacznie mu bliższy.

Zamrugał powiekami kiedy poczuł, iż zapada w sen. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Jego oczy zarejestrowały jakiś ruch. Rozejrzał się i stwierdził, że to nie byli jego strażnicy. Przymknął oczy nieco zdezorientowany. Jego straż nigdy nie pozostawiała go samego. W gruncie rzeczy nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tu sam. Nie przypominał sobie też, że wydał im rozkaz opuszczenia komnaty. Jeszcze dziwniejszy był fakt, że drzwi do niej były otwarte na oścież.

W tej samej chwili usłyszał hałas dolatujący z drugiego końca pokoju i obrócił się w tym kierunku. Ktoś czaił się pod przeciwległą ścianą w cieniu. Nagle wyszedł na światło rzucane przez pochodnie – wysoki, chuderlawy mężczyzna w czarnej pelerynie i kapturze zakrywającym jego twarz. MacGil zamrugał powiekami kilka razy zastanawiając się, czy nie ma zwidów. Na początku był przekonany, że to cienie i rozbłyski rzucane przez pochodnie grają na jego wyobraźni.

Chwilę później jednak zjawa była już kilka kroków bliżej i szybko podchodziła do jego łoża. MacGil próbował skupić wzrok w przygasłej poświacie, zobaczyć, kim była ta postać. Instynktownie zaczął siadać na łożu i jako wytrawny wojownik sięgnął do pasa po miecz lub choćby sztylet. Ale rozebrał się niemal do naga i nie miał pod ręką żadnej broni. Usiadł bezbronny na łóżku.

Postać podchodziła coraz szybciej, sunęła niczym wąż nocną porą. Kiedy MacGil usiadł, przyjrzał się jej twarzy. Komnata wciąż wirowała i jego zamroczony umysł nie pojmował wszystkiego, ale przez jedną chwilę mógłby przysiąc, że zobaczył swego syna.

Gareth?

Serce MacGila przepełniła nagła trwoga, kiedy przyszło mu do głowy pytanie, co też jego syn mógł tu robić, bez zapowiedzi swej wizyty i do tego tak późno w nocy.

– Mój synu? – zawołał.

MacGil dostrzegł złowrogi zamysł w oczach mężczyzny i to mu wystarczyło – wyskoczył z łóżka.

Postać poruszała się jednak zbyt szybko. Natarła na króla i zanim ten zdążył podnieść rękę w swej obronie, w powietrzu dał się zauważyć błysk metalu i ostrze zanurzyło się w jego piersi.

MacGil wrzasnął głębokim okrzykiem bólu i zdziwił się słysząc samego siebie. Był to bitewny okrzyk, który słyszał już w życiu zbyt wiele razy. Okrzyk śmiertelnie ranionego wojownika.

Poczuł, jak zimny metal przedziera się przez jego żebra, przecina mięśnie, miesza się z jego krwią i wnika coraz głębiej i głębiej, przynosząc ból, jakiego nie mógłby sobie wyobrazić. Wydawało się mu, że trwa to wieki. Wciągnął gwałtownie powietrze i poczuł smak gorącej, słonej krwi w buzi. Coraz ciężej było mu oddychać. Zmusił się, aby spojrzeć w górę, na twarz napastnika. Zdziwił się. To nie był jego syn. To ktoś inny. Ktoś, kogo rozpoznawał. Nie pamiętał dokładnie, ale był to ktoś z jego otoczenia. Ktoś wyglądający podobnie do jego syna.

Jego umysł pogrążył się w chaotycznej próbie przypisania imienia do tej twarzy.

Mężczyzna stał nad MacGilem trzymając wciąż sztylet, kiedy król zdołał podnieść rękę i odepchnąć przeciwnika, powstrzymać go. Poczuł przypływ siły wprawionego w boju wojownika, siłę swych przodków, jakąś część siebie, która czyniła go królem i sprawiała, że nie chciał się poddać. Jednym potężnym pchnięciem, z całych swych sił odepchnął od siebie skrytobójcę.

Mężczyzna okazał się chudszy i znacznie bardziej słabowity niż przypuszczał MacGil. Poleciał w tył izby z krzykiem potykając się co chwilę. MagGil wstał, z największym wysiłkiem chwycił za rękojeść i wyszarpnął sztylet ze swej piersi. Cisnął nim przez całą długość komnaty, a ten upadł z metalicznym dźwiękiem na kamiennej posadzce, ślizgiem doleciał do przeciwległej ściany i walnął o nią z hukiem.

Mężczyzna zerwał się na nogi. Jego kaptur zesunął się z głowy i MacGil dostrzegł, jak przeciwnik patrzył na niego szeroko rozwartymi ze strachu oczyma. Król zaczął iść w jego stronę, ten jednak odwrócił się i pobiegł przez komnatę zatrzymując się jedynie po to, aby zabrać ze sobą narzędzie zbrodni.

MacGil próbował pobiec za nim, ale mężczyzna okazał się zbyt szybki. Królewską pierś przeciął przeraźliwy ból i MacGil poczuł, że słabnie.

Stał w swej komnacie spoglądając w dół na sączącą się z rany krew, wprost na jego dłonie i opadł na kolana.

Czuł, jak jego ciało pogrąża chłód. Odchylił się i spróbował krzyknąć.

– Straże – odezwał się słabym głosem.

Wziął głęboki oddech i cierpiąc niemal agonalny ból, zdołał wykrzesać z siebie głęboki okrzyk. Okrzyk byłego władcy.

– STRAŻE! – zawył.

Gdzieś z oddali doleciały do niego odgłosy kroków. Zbliżały się powoli. Usłyszał otwierane gdzieś drzwi i wyczuł, że ktoś zmierza w jego kierunku. W tej chwili ściany jego komnaty ponownie zawirowały, tym razem jednak nie z powodu przepicia.

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył była zimna, kamienna podłoga, która uniosła się nagle na spotkanie z jego twarzą.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Thor chwycił żelazną kołatkę potężnych drewnianych drzwi i pociągnął z całych sił. Otworzyły się z wolna skrzypiąc niemiłosiernie i przed chłopcem pojawiła się królewska komnata. Zrobił jeden krok i kiedy minął próg poczuł, jak włosy zjeżyły mu się na rękach. Wyczuwał panujące wewnątrz potężne zło, które niczym mgła wisiało w powietrzu nieruchomo.

Zrobił kilka kroków w kierunku ciała, a raczej bezwładnej sterty leżącej na podłodze. Zewsząd dobiegał odgłos ognia trzaskającego na rozwieszonych na ścianach pochodniach. W jakiś sposób dotarło do niego, że to król leży martwy na posadzce, że został zamordowany, a on, Thor, przybył za późno. Zdziwił się, gdyż nigdzie w pobliżu nie było żadnych strażników, nikogo, kto mógłby uratować władcę.

Podszedł do ciała i poczuł, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa; uklęknął na kamiennej posadzce, chwycił za ramię, zimne już niestety, i przewrócił króla na plecy.

Oto leżał przed nim z szeroko otwartymi oczyma MacGil, jego dotychczasowy król. Martwy.

Thor spojrzał w górę i zobaczył stojącego nad sobą sługę. W jego ręce spoczywał wielki, wysadzany kamieniami kielich, ten, który Thor zapamiętał z uczty. Naczynie zrobione było ze szczerego złota i przyozdobione szeregami rubinów i szafirów. Spoglądając na Thora sługa wylał powoli zawartość kielicha na królewską pierś. Wino rozlało się dokoła ochlapując przy okazji całą twarz Thora.

Thor usłyszał pisk, odwrócił się i zobaczył swego sokoła Estopheles siedzącą na królewskim ramieniu. Ptak nachylił się i zlizał wino z policzka władcy.

Wtem usłyszał jakiś hałas i ujrzał nad sobą Argona spoglądającego na niego gniewnym wzrokiem. W jednej ręce trzymał lśniącą koronę, w drugiej zaś swoją laskę.

Podszedł do Thora i zdecydowanym ruchem nałożył koronę na jego głowę. Thor poczuł jej ciężar. Poczuł, jak otok dopasowuje się idealnie do jego głowy, jak metal otula jego skronie. Spojrzał ze zdziwieniem na Argona.

– Teraz ty jesteś królem – oświadczył druid.

Chłopiec przymknął powieki, a kiedy je otworzył zobaczył przed sobą wszystkich członków legionu, Srebrnej Gwardii, setki mężczyzn i chłopców cisnących się w komnacie, wszystkich zwróconych twarzą do niego. Uklękli naraz i pochylili się przed nim nisko. Ich twarze sięgały niemal podłogi.

– Nasz panie – odezwali się chórem.

Thor poderwał się nagle ze snu. Usiadł wyprostowany i rozejrzał się dokoła, oddychając ciężko. Otaczał go mrok i wilgotne powietrze. Zdał sobie sprawę, że siedzi na kamiennej podłodze, plecami oparty o mur. Zmrużył wzrok i dostrzegł w oddali kraty, a za nimi migocące światło pochodni. Wówczas przypomniało mu się wszystko: te lochy i jak został do nich zaciągnięty przez straże po uczcie.

Przypomniał sobie, jak strażnik zdzielił go po twarzy. Musiał wówczas stracić przytomność. Nie miał pojęcia na jak długo. Wyprostował się, a jego oddech zrobił się jeszcze cięższy. Spróbował otrząsnąć się z tego, o czym właśnie śnił. To było okropne, ale też tak bardzo realne. Modlił się w duchu, żeby tylko nie okazało się prawdziwe. Że król nie umarł. Wizerunek zmarłego władcy nieustępliwie katował jego myśli. Czy rzeczywiście zobaczył prawdę? Czy to tylko jego wyobraźnia płatała figle?

Poczuł jak ktoś kopnął jego stopę i zobaczył stojącą nad sobą osobę.

– Najwyższy czas, żebyś się obudził – usłyszał czyjś głos. – Czekam już godzinami.

W panującym tu przytłumionym świetle Thor dostrzegł zarysy twarzy chłopca, mniej więcej w tym samym wieku co on. Był szczupły i niski. Miał zapadłe policzki i ospowatą skórę, a jednak z jego zielonych oczu wyzierała uprzejmość i inteligencja.

– Jestem Merek – powiedział. – Twój więzienny towarzysz. Za co siedzisz?

Thor wyprostował się próbując zebrać myśli. Oparł się o mur, przeczesał włosy palcami i spróbował przypomnieć sobie cokolwiek, poskładać wydarzenia w całość.

– Mówią, że próbowałeś zabić króla.

– Bo tak było i jeśli kiedykolwiek wyjdzie zza tych krat, to rozerwiemy go na strzępy – ktoś warknął.

Rozległ się brzęk cynowych kubków uderzanych o metalowe kraty. Thor dostrzegł korytarz w całości wypełniony celami, a w nich więźniów – groteskowe postacie przeciskające swe twarze przez kraty. W migoczącym świetle pochodni chłopiec dostrzegł, jak spoglądali na niego szyderczo. Większość z nich była nieogolona, brakowało im zębów, a co niektórzy wyglądali tak, jakby spędzili tu już wiele lat. Był to okropny widok i Thor zmusił się, aby odwrócić wzrok. Czy rzeczywiście był tu teraz? Czy utknął z tymi wszystkimi ludźmi tutaj na wieki?

– Nie przejmuj się nimi – powiedział Merek. – W tej celi jesteśmy tylko ty i ja. Nie wejdą tu. Mi zaś nie mogłoby bardziej zależeć na tym, żebyś otruł króla. Sam chętnie bym to zrobił.

– Nie otrułem króla – oburzył się Thor. – Nikogo nie otrułem. Próbowałem go uratować. Jedynie wytrąciłem mu kielich z rąk.

– A skąd wiedziałeś, że wino było zatrute? – krzyknął ktoś z celi znajdującej się głębiej w korytarzu. – Czary jakieś pewnie?

Zewsząd, z każdej strony korytarza, dał się słyszeć cyniczny śmiech współwięźniów.

– Jasnowidz się trafił! – zakpił któryś z nich wywołując kolejną salwę śmiechu.

– Nie, to był zwyczajnie szczęśliwy traf! – ryknął ktoś jeszcze – ku uciesze pozostałych.

Thor spojrzał na nich spode łba mając im za złe te oskarżenia. Chciał wszystko wyjaśnić, ale wiedział, że to tylko strata czasu. Poza tym nie musiał bronić się przed tymi rzezimieszkami.

Merek zlustrował Thora wzrokiem pozbawionym sceptycyzmu. Popatrzył na niego zamyślony.

– Wierzę ci – odparł po cichu.

– Naprawdę? – spytał Thor.

Merek potrzasnął jedynie ramionami.

– Jakby nie patrzeć, jeśli zamierzałbyś otruć króla, czy naprawdę byłbyś na tyle głupi, żeby mu o tym powiedzieć?

Po czym odwrócił się i odszedł kilka kroków dalej, usiadł pod ścianą naprzeciw Thora.

Teraz to Thor poczuł zainteresowanie.

– A za co ty tutaj jesteś? – zapytał.

– Jestem złodziejem – odparł Merek nieco zbyt dumnie.

Thora zbiły te słowa z tropu. Nigdy nie przebywał w towarzystwie złodzieja, takiego prawdziwego złodzieja. Jemu samemu nigdy nie przyszło na myśl, aby coś ukraść. Dziwiło go, że inni ludzie byli skłonni to robić.

– Dlaczego to robisz? – zapytał Thor.

Merek wzruszył ramionami.

–Moja rodzina nie ma nic do jedzenia, a przecież muszą coś jeść. Nie mam żadnego wykształcenia ani też jakiejś konkretnej umiejętności. Złodziejski fach to wszystko, co znam. Nic większego, głównie jedzenie. Cokolwiek, co pomoże im przetrwać. Przez wiele lat uchodziło mi to na sucho. Złapali mnie raz. Teraz jestem tu już trzeci raz. Trzeci jest najgorszy.

– Dlaczego? – spytał Thor.

Przez chwilę Merek był cicho, potem potrząsnął powoli głową. Thor widział, jak oczy chłopca napełniają się łzami.

– Królewskie prawo jest surowe. Nie ma wyjątków. Trzecie wykroczenie i odcinają ci dłoń.

Thora przepełniło przerażenie. Spojrzał na ręce Mereka; obydwie były na swoim miejscu.

– Jeszcze po mnie nie przyszli – powiedział Merek. – Ale przyjdą.

Thor poczuł się okropnie. Merek odwrócił wzrok jakby się czegoś wstydził. Thor zrobił to samo nie chcąc o tym myśleć.

Thor oparł głowę o swe ręce. Próbował nie zwracać uwagi na pulsujący w nich ból i uporządkować swe myśli. Ostatnie dni minęły w zawrotnym tempie: tyle rzeczy wydarzyło się tak szybko. Z jednej strony miał poczucie, że odniósł sukces, uznanie: zobaczył przyszłość, przewidział próbę otrucia MacGila i ocalił go od śmierci. Być może jednak można zmienić czyjś los, nagiąć czyjeś przeznaczenie. Czuł dumę: uratował swego króla.

Z drugiej strony był teraz tu, w lochach i nie mógł oczyścić swego imienia. Wszystkie jego nadzieje i marzenia legły w gruzach. Jakiekolwiek szanse na jego pobyt w legionie uleciały z wiatrem. Teraz będzie miał szczęście, jeśli nie spędzi tutaj reszty swych dni. Bolała go świadomość, że MacGil, który przyjął go jak ojciec, jedyny prawdziwy ojciec, jakiego Thor miał, myślał, że chłopiec próbował go naprawdę zabić. Bolało go to, iż Reece, jego najlepszy przyjaciel, mógł uwierzyć, że Thor próbował zabić jego ojca. Lub jeszcze coś gorszego – Gwendolyn. Pomyślał o ich ostatnim spotkaniu – o tym, jak pomyślała, że odwiedza burdele i poczuł, jakby wszystko, co w jego życiu było dobre, zostało mu nagle odebrane. Zastanawiał się, dlaczego to właśnie jemu te wszystkie rzeczy się przytrafiają. Chciał przecież jedynie czynić dobro.

Nie wiedział, co się z nim teraz stanie. Nie dbał o to. Chciał tylko oczyścić swe imię. Chciał, żeby ludzie zrozumieli, że nie próbował zaszkodzić królowi; że jego moce były prawdziwe, że naprawdę mógł zobaczyć przyszłość. Nie wiedział, co teraz się z nim stanie, ale jedno było pewne: musiał się stąd wydostać. W jakikolwiek sposób.

Zanim skończył o tym myśleć usłyszał odgłos czyichś kroków. Ciężkie buciory waliły w kamienną posadzkę korytarza. Potem usłyszał brzęk kluczy i chwilę później pojawił się przysadzisty strażnik więzienny, ten sam mężczyzna, który zaciągnął tu Thora i uderzył go w twarz. Na sam jego widok Thor poczuł ból w policzku. Po raz pierwszy w zasadzie świadomie go odczuł. I napełniła go fizyczna odraza do strażnika.

– Czyż to nie nasz mały pypeć, który próbował zabić króla – burknął gniewnie strażnik przekręcając żelazny klucz w zamku. Po kilku niesionych echem kliknięciach sięgnął za kraty i otworzył drzwi do celi. W jednej ręce trzymał kajdany, a u jego pasa zwisał niewielki topór.

– Jeszcze dostaniesz za swoje – powiedział do Thora z szyderczym uśmiechem na twarzy. – Teraz jednak przyszła pora na ciebie, złodziejaszku. Trzeci raz – powiedział uśmiechając się złośliwie – żadnych wyjątków.

Nachylił się ku Merekowi, chwycił go niedbale, wygiął rękę chłopca do tyłu i zacisnął na niej kajdany. Potem przymocował drugi koniec kajdan do haka w murze. Merek wrzasnął i szarpnął dziko za kajdany próbując się uwolnić, ale nadaremno. Strażnik podszedł go od tyłu, unieruchomił w żelaznym uścisku, chwycił wolną rękę chłopca i ułożył na kamiennym występie.

– To cię oduczy kraść – warknął.

Odpiął topór od swego pasa i uniósł wysoko nad głowę. W jego otwartych szeroko ustach sterczały ohydne zęby. Mężczyzna warczał przeciągle.

– NIE! – wrzasnął Merek.

Thor siedział bez ruchu sparaliżowany strachem. Widział jak strażnik opuszcza swą broń mierząc w nadgarstek Mereka. Zdał sobie sprawę, iż za chwilę dłoń chłopca zostanie odcięta od ręki i to jedynie z powodu mało znaczącej kradzieży pożywienia, które miało pomóc przetrwać jego rodzinie. Niegodziwość tego, co się właśnie przed nim działo płonęła w Thorze. Wiedział, że nie może na to pozwolić. To po prostu było niesprawiedliwe.

Nagle poczuł, jak jego ciało ogarnia fala gorąca, jak płynie od jego stóp w górę i emanuje z jego dłoni, jak nagle gdzieś w środku zapłonął żar. Czas zwolnił i Thor poczuł, że może poruszać się szybciej niż strażnik. Czuł upływ każdej sekundy, każdy najmniejszy ruch zawisłego w powietrzu topora. Poczuł w dłoni kulę palącej energii i cisnął nią w strażnika.

Obserwował oniemiały, jak żółta kula popłynęła z jego dłoni wprost w kierunku twarzy strażnika. Jej ślad rozświetlił na chwilę ich małą celę. Uderzyła mężczyznę w głowę, a ten w jednej chwili wypuścił z ręki topór i poleciał w powietrzu w kierunku przeciwległej ściany, uderzył o nią z impetem i upadł bez ruchu. Thor ocalił Mereka o ułamek sekundy. Ostrze topora niemal dosięgło swego celu.

Merek spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma.

Strażnik potrząsnął głową i począł wstawać z zamiarem powstrzymania Thora. Chłopiec jednak czuł w sobie gorejącą moc i kiedy strażnik zdołał stanąć mu naprzeciw, Thor podbiegł, wyskoczył w powietrze i kopnął strażnika w klatkę piersiową. Czuł w sobie moc, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczył. Strażnik ponownie poleciał w kierunku muru i z trzaskiem walnął o ścianę, po czym osunął się bezwładnie, tym razem pozbawiony przytomności.

Merek stał unieruchomiony szokiem. Thor wiedział dokładnie, co należało teraz zrobić. Chwycił topór, podbiegł do łańcucha więżącego Mereka, przyłożył go do kamiennej ściany i rąbnął toporem. Z łańcucha poleciała wielka iskra. Merek wzdrygnął się, podniósł głowę i spojrzał na łańcuch dyndający aż do ziemi – i zrozumiał, że był wolny.

Spojrzał na Thora z otwartą buzią.

– Nie wiem, jak ci dziękować – powiedział. – Nie wiem, jak to zrobiłeś, czymkolwiek to było, ani kim jesteś – a raczej czymkolwiek jesteś – ale zawdzięczam ci życie. I jestem winien przysługę, a to dług, który traktuję bardzo poważnie.

– Nic mi nie jesteś winien – powiedział Thor.

– O nie – odparł Merek i chwycił Thora przedramię. – Teraz jesteś moim bratem. I jakoś, kiedyś odwdzięczę się ci.

To powiedziawszy odwrócił się, wybiegł z celi i ruszył wzdłuż korytarza wywołując okrzyki współwięźniów.

Thor rozejrzał się, popatrzył na nieprzytomnego strażnika i otwarte drzwi celi. Wiedział, że i on musiał coś zrobić. Okrzyki więźniów z każdą chwilą przybierały na sile. Wyszedł z celi, popatrzył w obydwu kierunkach i zdecydował się pobiec w stronę przeciwną do tej, którą wybrał Merek. Wszak nie zdołają złapać ich obydwu naraz.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Biegł ukrytymi w mroku nocy chaotycznymi uliczkami królewskiego dworu, a panujący wszędzie zgiełk i tumult napawały go zdumieniem. Tłumy ludzi otaczały go ze wszystkich stron, zdawałoby się czymś poruszone. W dłoniach wielu osób płonęły pochodnie rozświetlając mrok i rzucając kontrastujące cienie na ich twarze. Zamkowe dzwony biły nieustannie niskim tonem z jednominutowym interwałem. Thor wiedział dobrze, co to oznaczało. Śmierć. Dzwony pogrzebowe. Jedyną osobą w królestwie, dla której mogłyby akurat tej nocy dzwonić, był król.

Serce zabiło mu szybciej, kiedy przyszło mu coś na myśl. Sztylet, który ujrzał w swym śnie – czy to mogła być prawda?

Musiał się upewnić. Zatrzymał chłopca biegnącego w przeciwnym kierunku.

– Dokąd to? – zażądał wyjaśnień – Skąd to całe zamieszanie?

– Nie słyszałeś? – odparł z desperacją chłopiec. – Król umiera! Zasztyletowany! Ludzie zbierają się pod królewską bramą, aby usłyszeć jakieś wieści. Jeśli to prawda, okropne czasy nas czekają. Możesz to sobie wyobrazić? Królestwo bez władcy?

To powiedziawszy, strącił dłoń Thora, odwrócił się i pobiegł przed siebie. Wkrótce zniknął w panującym dokoła mroku.

Thor stał z mocno bijącym sercem. Nie chciał pogodzić się z taką rzeczywistością. Jego sny i przeczucia były czymś więcej niż zwykłym urojeniem. Widział przyszłość. I to już dwa razy. Czuł, jak ogarnia go przerażenie. Jego moce okazywały się znacznie większe niż był tego świadom. I wyglądało na to, że z każdym dniem stawały się jeszcze potężniejsze. Do czego to wszystko zmierzało?

Zastanawiał się, dokąd powinien teraz pójść. Uciekł z lochów, jednak teraz nie miał pojęcia, co robić dalej. Z pewnością wkrótce straże królewskie – a może nawet cały dwór – zaczną go szukać. Jego ucieczka sprawiła jedynie, iż teraz jego wina wydawała się bardziej rzeczywista. Z drugiej strony jednak, czy to, że był w celi, kiedy MacGil został pchnięty sztyletem, w jakiś sposób nie oczyszczało go z zarzutów? A może raczej wskazywało go jako współwinowajcę?

Nie mógł ryzykować. Najwyraźniej nie było teraz w królestwie nikogo, kto byłby w nastroju, aby myśleć racjonalnie. Wszyscy wokoło wydawali się żądni krwi. A on prawdopodobnie szybko stałby się kozłem ofiarnym. Musiał ukryć się, pójść gdzieś, gdzie mógłby przeczekać burzę, oczyścić swe imię i wrócić do legionu. Najbezpieczniej byłoby – jak najdalej stąd. Powinien uciec, ukryć się w swej wiosce, albo jeszcze dalej, tak daleko, jak tylko zdołałby dojść.

Thor jednak nie chciał iść tą najbezpieczniejszą z dróg; nie takim był człowiekiem. Chciał zostać tutaj, oczyścić swoje dobre imię i zachować miejsce w legionie. Nie był tchórzem i nie uciekał. Ponad wszystko chciał ujrzeć MacGila zanim ten umrze – jeśli jeszcze żył. Musiał się z nim zobaczyć. Czuł, jak przytłacza go ciężar winy powodowanej tym, że nie zdołał powstrzymać zamachu. Z jakiego powodu dane mu było ujrzeć śmierć króla, jeśli nie mógł nic z tym zrobić? I dlaczego w jego wizji król został otruty, jeśli tak naprawdę został dźgnięty sztyletem?

Nagle przyszedł mu na myśl Reece. Reece był jedyną osobą, której mógł zaufać, która nie wydałaby go straży, a może nawet udzieliła mu schronienia. Czuł, że Reece mu uwierzy. Reece wiedział, że miłość Thora do króla była prawdziwa. Jeżeli ktokolwiek był w stanie oczyścić Thora z zarzutów, to z pewnością był to Reece. Musiał go tylko znaleźć.

Pobiegł szybko tylnymi alejkami, przeciskając się i lawirując w tłumie, coraz dalej od królewskiej bramy, w kierunku zamku. Wiedział, gdzie znajduje się komnata Reece’a – we wschodnim skrzydle, blisko zewnętrznego muru miejskiego – i miał nadzieję, że Reece tam teraz jest. Jeśli tak, może uda mu się zwrócić jego uwagę, aby pomógł mu dostać się jakoś na zamek. Miał złe przeczucie. Jeśli zostanie na ulicach jeszcze jakiś czas, ktoś go w końcu rozpozna. Wówczas całe zgromadzone tu pospólstwo rozedrze go na strzępy.