cover.jpg

Los Smoków

 

(Księga 3 Kręgu Czarnoksiężnika)

 

Morgan Rice

 

 

 

 

Przekład: Michał Głuszak

 

 

 

Tytuł oryginału

 

A FATE OF DRAGONS

O autorce

 

Morgan Rice plasuje się na samym szczycie listy najpopularniejszych autorów powieści dla młodzieży. Swoją renomę zawdzięcza cyklom opowieści pod tytułem THE VAMPIRE JOURNALS – obejmujący jedenaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania); THE SURVIVAL TRILOGY – postapokaliptyczny dreszczowiec obejmujący dwie księgi (kolejna w trakcie pisania); KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA – epickie fantasy, obejmujące trzynaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania)

Książki jej autorstwa dostępne są w wersjach audio i drukowanej i zostały przetłumaczone na język niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, japoński, chiński, szwedzki, holenderski, turecki, węgierski, czeski oraz słowacki (kolejne wersje językowe w trakcie opracowywania).

Morgan chętnie czyta wszelkie wiadomości od was. Zachęcamy zatem do kontaktu z nią za pośrednictwem strony www.morganricebooks.com, gdzie będziecie mogli dopisać swój adres do listy emaili, otrzymać bezpłatną wersję książki i darmowe materiały reklamowe, pobrać bezpłatną aplikację, otrzymać najnowsze, niedostępne gdzie indziej wiadomości, połączyć się poprzez Facebook i Twitter i po prostu pozostać w kontakcie!

Wybrane komentarze do książek Morgan Rice

 

KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA zawiera wszystko, co niezbędne, aby odnieść natychmiastowy sukces: fabułę, kontrspisek, tajemnicę, dzielnych rycerzy, rozwijające się bujnie związki uczuciowe i złamane serca, podstęp i zdradę. Zapewni rozrywkę na wiele godzin i zadowoli czytelników w każdym wieku. Zalecana jako stała pozycja w biblioteczce każdego czytelnika fantasy.

Books and Movie Reviews, Roberto Mattos

 

Rice robi świetną robotę wciągając czytelnika w swoją opowieść od samego jej początku; wykorzystuje doskonałe jakościowo opisy wykraczające poza zwykłą scenerię.... Ładnie napisane i łatwo się czyta.

–Black Lagoon Reviews (komentarz dotyczący Turned)

 

Idealna opowieść dla młodych czytelników. Morgan Rice zrobiła świetną robotę budując niezwykły ciąg zdarzeń… Orzeźwiająca i niepowtarzalna. Skupia się wokół jednej dziewczyny… jednej niezwykłej dziewczyny! Wydarzenia zmieniają się w wyjątkowo szybkim tempie. Łatwo się czyta. Zalecany nadzór rodzicielski.

–The Romance Reviews (komentarz dotyczący Turned)

 

Zawładnęła moją uwagą od samego początku i do końca to się nie zmieniło... To historia o zadziwiającej przygodzie, wartkiej i pełnej akcji od samego początku. Nie ma tu miejsca na nudę.

–Paranormal Romance Guild (komentarz dotyczący Turned)

 

Kipi akcją, romansem, przygodą i suspensem. Sięgnij po nią i zakochaj się na nowo.

– vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)

 

Wspaniała fabuła. To ten rodzaj książki, którą ciężko odłożyć w nocy. Zakończona tak nieoczekiwanym i spektakularnym akcentem, iż będziesz natychmiast chciał kupić drugą część, tylko po to, aby zobaczyć, co będzie dalej.

–The Dallas Examiner (komentarz dotyczący Loved)

 

Rywal ZMIERZCHU oraz PAMIĘTNIKÓW WAMPIRÓW. Nie będziesz mógł oprzeć się chęci czytania do ostatniej strony. Jeśli jesteś miłośnikiem przygody, romansu i wampirów to ta książka jest właśnie dla ciebie!

–Vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)

 

Morgan Rice udowadnia kolejny już raz, że jest szalenie utalentowaną autorką opowiadań… Jej książki podobają się szerokiemu gronu odbiorców łącznie z młodszymi fanami gatunku fantasy i opowieści o wampirach. Kończy się niespodziewanym akcentem, który pozostawia czytelnika w szoku.

–The Romance Reviews (komentarz dotyczący Loved)

img1.jpg

Książki z cyklu KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA autorstwa Morgan Rice

 

A QUEST OF HEROES (Book #1) – Wyprawa Bohaterów
A MARCH OF KINGS (Book #2) – Marsz Władców

A FATE OF DRAGONS (Book #3) – Los Smoków

A CRY OF HONOR (Book #4) – Zew Honoru

A VOW OF GLORY (Book #5) – Blask Chwały

A CHARGE OF VALOR (Book #6) – Szarża Walecznych

A RITE OF SWORDS (Book #7) – Rytuał Mieczy

A GRANT OF ARMS (Book #8) – Ofiara Broni

A SKY OF SPELLS (Book #9) – Niebo Zaklęć

A SEA OF SHIELDS (Book #10) – Morze Tarcz

A REIGN OF STEEL (Book #11) – Żelazne Rządy

A LAND OF FIRE (Book #12) – Kraina Ognia

A RULE OF QUEENS (Book #13) – Rządy Królowych

CONTENTS

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDYNASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

 

– Nie wchodź pomiędzy smoka i gniew jego. –

William Shakespeare

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Król McCloud przypuścił szarżę w dół zbocza i dalej, przez wyżynne tereny Highlands w kierunku części Kręgu należącej do klanu MacGilów. Setki jego ludzi pędziły za nim ile tchu. Podniósł pejcz i ciął po zadzie swego wierzchowca: koń nie potrzebował ponaglania, po prostu smaganie konia sprawiało przyjemność McCloudowi. Uwielbiał zadawać ból zwierzętom.

Niemal ślinił się na widok tego, co miał przed sobą: idylliczną wioskę MacGilów, jej mężczyzn pracujących w polu, bez żadnej broni, kobiety krzątające się przy domostwach, rozwieszające płótna, ledwo odziane z powodu panującego upału. Drzwi domostw były otwarte; kury szwendały się gdzie popadnie, kociołki parowały pełne gotującej się, obiedniej strawy. Pomyślał o zniszczeniach, jakich się dopuści, łupach, które zagarnie, kobietach, które posiądzie – i wielki uśmiech rozkwitł na jego twarzy. Prawie czuł smak krwi, którą miał za chwilę przelać.

Galopowali pokonując coraz większy odcinek drogi, aż w końcu ktoś ich zauważył: wiejski strażnik, żałosna karykatura żołnierza, młodzian dzierżący włócznię, który na dźwięk galopujących koni wstał i odwrócił się w ich kierunku. McCloud doskonale widział białka jego szeroko rozwartych oczu, strach i panikę, które natychmiast pojawiły się na twarzy chłopca. Strzegący tej sennej placówki chłopiec prawdopodobnie nigdy w życiu nie widział bitwy. Był całkowicie nieprzygotowany na to, co go za chwilę czekało.

McCloud nie marnował czasu: pierwszą śmierć chciał zadać sam, własnoręcznie, jak zwykle w trakcie każdej bitwy. Jego ludzie dobrze o tym wiedzieli.

Smagnął konia ponownie, aż ten parsknął z bólu i przyspieszył, wychodząc sporo przed szereg swego wojska. McCloud podniósł włócznię swego przodka, ciężką broń wykutą z żelaza, wychylił się i cisnął w powietrze.

Trafił dokładnie do celu, jak zwykle zresztą. Chłopiec nie zdążył jeszcze odwrócić się na dobre, kiedy ostrze przecięło powietrze ze świstem, trafiło go w plecy, przebiło się przez całe ciało i przyszpiliło do drzewa. Z rany trysnęła krew. Tyle wystarczyło, żeby McCloud poczuł zadowolenie.

Wydał z siebie krótki okrzyk radości i kontynuował natarcie na urodzajne ziemie MacGilów, przez pola pełne pożółkłych kolb kukurydzy kiwających się na wietrze, sięgających mu do kolan, wprost do wiejskiej bramy. To było zbyt piękne: wspaniały dzień, cudowne miejsce i tyle okazji do siania spustoszenia.

Wjechali przez niestrzeżoną przez nikogo wiejską bramę, do miejsca, które ktoś bezmyślnie założył na obrzeżach Kręgu, w tak bliskim sąsiedztwie Highlands. Powinni zastanowić się nad tym dwa razy – pomyślał z pogardą McCloud i rzucił toporem w drewniany znak oznajmiający nazwę wsi, rozłupując go na dwoje. I tak wkrótce nazwie tę wieś po swojemu.

Kiedy nadjechali jego ludzie, wszędzie dokoła rozległy się piski i krzyki kobiet, dzieci, starszyzny i kogo tam jeszcze, kto akurat był w domu w tej zapomnianej przez boga osadzie. Było tu około setki nieszczęśliwych duszyczek. McCloud postanowił, że każda z nich mu teraz zapłaci. Podniósł wysoko swój topór. Upatrzył sobie kobietę, która uciekała właśnie odwrócona do niego plecami, ze wszystkich sił próbując dotrzeć do swego domostwa, bezpiecznego w jej mniemaniu azylu, który miał się wkrótce okazać wszystkim, ale nie tym.

Topór McClouda uderzył ją w tylnią część łydki, tak jak to było w jego zamyśle. Kobieta upadła z wrzaskiem. Nie chciał jej zabić: jedynie okaleczyć. Wszak chciał, aby żyła i dała mu rozkosz, jak już będzie po wszystkim. Wybrał ją starannie: miała długie, rozczochrane blond włosy, wąskie biodra i najwyżej osiemnaście lat. Będzie jego, a kiedy już z nią skończy, może wówczas ją zabije. Albo i nie; może zatrzyma ją, jako służącą.

Kiedy podjechał do niej bliżej, krzyknął z zachwytu i zeskoczył z konia zanim ten zdążył się zatrzymać. Wylądował na niej i przygniótł do ziemi. Przeturlał się z nią kilka razy amortyzując upadek i uśmiechnął się na myśl, jak dobrze było znowu poczuć pełnię życia.

Nareszcie życie znowu nabrało sensu.

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Kendrick stał w samym oku cyklonu, na środku Galerii broni, otoczony z obu stron przez swych braci, zahartowanych w boju członków Srebrnej Gwardii i spoglądał ze spokojem na Darloca – dowódcę królewskiej straży wysłanego z tą godną pożałowania misją. Co też Darloc sobie myślał? Czy naprawdę wydawało mu się, że może ot tak wejść do Galerii broni i spróbować aresztować Kendricka – najbardziej uwielbianego członka rodziny królewskiej, na oczach wszystkich towarzyszy broni? Czy naprawdę myślał, że będą stali obok i pozwolą mu na to?

 Nie docenił lojalności członków Gwardii wobec Kendricka. Nawet gdyby pojawił się tutaj z uzasadnionymi zarzutami – czym z pewnością nie były – i nakazem aresztowania, Kendrick wątpił i to bardzo, czy jego bracia pozwoliliby strażnikowi wywlec go z sali. Ich lojalność trwała na wieki, aż po grób. Takie było credo Srebrnej Gwardii. Zareagowałby podobnie, gdyby któryś z jego braci stanął w obliczu zagrożenia. Wszak wszyscy razem trenowali, walczyli ramię w ramię i chronili swe życie.

Czuł napięcie, jakie panowało na sali w gęstniejącej z każdą chwilą ciszy. Wszyscy członkowie Gwardii trzymali swą broń w gotowości. A naprzeciw nich, przestępując z nogi na nogę, stał może tuzin królewskich strażników, czujących się coraz bardziej nieswojo. Musieli zdawać sobie sprawę, że jeśli któryś z nich dobędzie miecza, to będzie masakra – i na szczęście nikt tego nie zrobił. Wszyscy stali i czekali na rozkazy swego dowódcy Darloca.

Darloc przełknął głośno ślinę. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Uświadomił sobie, że jego sytuacja była beznadziejna.

– Wygląda na to, że przyprowadziłeś ze sobą zbyt mało ludzi – powiedział spokojnym głosem Kendrick i uśmiechnął się. – Tuzin strażników przeciwko setce gwardzistów. Twoja przegrana.

Darloc oblał się rumieńcem na skądinąd bladej twarzy i odchrząknął.

– Mój panie, wszyscy służymy temu samemu królestwu. Nie mam zamiaru z tobą walczyć. Masz rację: tę walkę przegralibyśmy. Jeżeli rozkażesz, opuścimy salę i wrócimy do króla.

– Lecz wiesz, że Gareth wyśle więcej ludzi. Kogoś innego. I wiesz, jak to wszystko się skończy. Możesz zabić ich wszystkich – ale czy chcesz mieć krew braci na swoich rękach? Czy naprawdę chcesz doprowadzić do wojny domowej? Dla ciebie oni wszyscy zaryzykują życie, zabiją nas wszystkich. Lecz w jakim świetle ich to postawi?

Kendrick rozejrzał się i namyślił. Darloc miał rację. Nie chciał, aby któremukolwiek z jego braci stała się krzywda i to wyłącznie z jego powodu. Czuł przemożne pragnienie, by uchronić ich przed rozlewem krwi, bez względu na to, jaki czekał go los. I jakkolwiek ohydny był jego brat Gareth, jakkolwiek złym był władcą, Kendrick nie chciał wywołać wojny w królestwie – a przynajmniej nie ze swojego powodu. Były inne sposoby. Zdążył się nauczyć, że bezpośrednia konfrontacja nie zawsze odnosiła największy sukces.

Powoli podniósł rękę, położył dłoń na wiszącym w powietrzu mieczu Atme i obniżył go ku ziemi. Odwrócił się do gwardzistów. Czuł przemożną wdzięczność, iż stanęli w jego obronie.

– Bracia gwardziści – powiedział. – Uniżenie dziękuję za waszą postawę. Zapewniam, że w pełni na nią zasługuję. Znacie mnie wszyscy i wiecie, że nie miałem nic wspólnego ze śmiercią mego ojca, naszego poprzedniego króla. Kiedy znajdę jego prawdziwego zabójcę, którego jak mniemam po naturze tych rozkazów już znalazłem, ja pierwszy dokonam zemsty. Oskarżono mnie niesłusznie. Lecz nie chcę być zarzewiem wojny. Więc proszę, opuście broń. Pozwolę im mnie zabrać bez walki, gdyż żaden mieszkaniec Kręgu nie powinien występować przeciwko innemu. Jeśli istnieje jeszcze sprawiedliwość, to prawda wyjdzie na jaw – i wkrótce z powrotem do was dołączę.

Powoli i z niechęcią członkowie Srebrnej Gwardii opuścili swe miecze, a Kendrick zwrócił się do Darloca. Podszedł bliżej i razem z nim skierowali się w kierunku drzwi. Kendrick szedł dumnie wyprostowany po środku, w otoczeniu królewskich strażników. Darloc nie próbował nawet założyć mu kajdan – być może z poczucia szacunku, może strachu, a może dlatego, że wiedział, iż Kendrick jest niewinny.

Kendrick sam podążył do swego nowego więzienia. Lecz nie podda się tak łatwo. W jakiś sposób oczyści swoje dobre imię, uwolni się z lochu – i zabije mordercę swojego ojca. Nawet jeśli okaże się, że to jego własny brat.

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Głęboko w czeluściach zamku, Gwen i Godfrey stali przyglądając się Steffenowi, który przestępował z nogi na nogę i wykręcał ręce ze zdenerwowania. Był osobliwym człowiekiem – nie tylko dlatego, że jego ciało było zdeformowane, plecy wygięte i zgarbione, ale też wydawał się wiecznie spięty. Jego oczy ani na chwilę nie spoczęły w jednym miejscu. Ręce splatał wiecznie, jakby dręczyło go poczucie winy. Stał w miejscu bujając się raz w tą, raz w drugą stronę, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę, i nucił coś do siebie gardłowym głosem. Gwen przeczuwała, że te wszystkie lata spędzone tutaj w odosobnieniu, wpłynęły na jego obecny, dziwaczny charakter.

Gwen czekała niecierpliwie, aż Steffen otworzy się przed nimi, ujawni, co stało się ich ojcu. Sekundy zamieniły się jednak w minuty. Brwi Steffena pokrył obfity pot, a mimo to kiwał się tylko dalej i nic z siebie nie wydusił. Cisza gęstniała z każdą chwilą, odmierzana jedynie jego nuceniem pod nosem.

Gwen poczuła, że i ją zaczyna oblewać pot. Był słoneczny gorący dzień, a do tego jeszcze na paleniskach buchał ogień. Chciała szybko się z tym uporać i opuścić to miejsce – i nigdy już tutaj nie wrócić. Zlustrowała Steffena wzrokiem, próbując odczytać cokolwiek z jego wyrazu twarzy, odgadnąć, co też kryje się w jego umyśle. Przyrzekł, że coś im powie, lecz teraz zamilkł. Wyglądało na to, że namyślił się i zmienił zdanie. Widać było, że czegoś się obawiał, że miał coś do ukrycia.

W końcu Steffen odchrząknął.

– Przyznaję, że coś spadło zsypem tamtej nocy – zaczął unikając ich wzroku, patrząc gdzieś na posadzkę – lecz nie wiem, co to było. Coś metalowego. Wynieśliśmy kubeł ściekowy w nocy i usłyszałem, jak coś wpadło do rzeki. Coś nietypowego. Więc – powiedział odchrząknąwszy kilka razy, wciąż wykręcając ręce – jak widzicie, czymkolwiek to jest, zostało dawno zabrane przez prąd rzeki.

– Jesteś tego pewien? – zażądał Godfrey.

Steffen skinął głową stanowczo.

Gwen i Godfrey wymienili spojrzenia.

– Czy przynajmniej przyjrzałeś się mu? – naciskał Godfrey.

Steffen potrząsnął głową.

– Lecz powiedziałeś, że to był sztylet. Skąd miałbyś to wiedzieć, jeśli go nie widziałeś? – spytała Gwen. Była pewna, że on kłamie; nie wiedziała tylko, dlaczego.

Steffen odchrząknął.

– Powiedziałem to, gdyż tak mi się wydawało – odparł. – Był to niewielki metalowy przedmiot. Cóż innego mogłoby to być?

– Sprawdziłeś na dnie kubła? – zapytał Godfrey. – Po tym, jak go opróżniłeś? Może nadal jest w kuble, może przywarł do dna?

Steffen potrząsnął głową przecząco.

– Sprawdziłem. Zawsze to robię. Nic tam nie było. Pustka. Czymkolwiek to było, zostało wypłukane. Widziałem, jak odpływa.

– Jeśli było zrobione z metalu, to jak mogło pływać? – spytała Gwen.

Steffen odchrząknął, potem wzruszył ramionami.

– Ta rzeka jest tajemnicza – odparł. – Ma silne prądy.

Gwen wymieniła sceptyczne spojrzenie z Godfreyem. Po jego wyrazie twarzy widziała, że on równiej nie wierzył Steffenowi.

Gwen była coraz bardziej zniecierpliwiona. Teraz dodatkowo ogarnęła ją konsternacja. Jeszcze chwilę temu Steffen był gotowy powiedzieć im wszystko, tak jak przyrzekł. Ale potem nagle zmienił zdanie.

Podeszła krok bliżej do niego i popatrzyła z gniewną miną wyczuwając, że ten mężczyzna coś przed nimi ukrywa. Przybrała najsroższą ze swych min, poczuła ojcowską siłę krążącą w jej żyłach. Była zdecydowana dowiedzieć się wszystkiego, co on wiedział – zwłaszcza jeśli miało to pomóc jej znaleźć zabójcę ojca.

– Kłamiesz – powiedziała lodowatym głosem. Moc kryjąca się za tonem jej głosu zdumiała nawet ją samą. – Wiesz, jaka kara czeka kogoś, kto kłamie członkowi rodziny królewskiej?

Steffen wykręcił jeszcze mocniej ręce i niemal podskoczył w miejscu, tam gdzie stał. Spojrzał na nią przez chwilę, po czym znów spuścił wzrok.

– Przepraszam – powiedział. – Wybaczcie, nic więcej nie wiem.

– Spytałeś nas wcześniej, czy oszczędzimy ci więzienia, jeśli powiesz nam, co wiesz – powiedziała. – Lecz nie powiedziałeś nam nic. Po co miałbyś nas prosić o to, jeśli nie masz nam nic do powiedzenia?

Steffen oblizał wargi spoglądając cały czas w dół.

– Ja, ja... hm – zaczął i zamilkł. Odchrząknął. – Bałem się... że wpadnę w tarapaty, gdyż nie zgłosiłem wpadnięcia przedmiotu do kubła. To wszystko. Wybaczcie. Nie wiem, co to było, ale już tego nie ma.

Gwen zmrużyła oczy wpatrując się w niego i próbując przebić przez jego kłamstwa.

– Co dokładnie przydarzyło się twemu panu? – spytała, nie pozwalając mu ani na chwilę się odprężyć. – Powiedziano nam, że go nie ma, i że to ty masz coś z tym wspólnego.

Steffen potrząsał wciąż głową.

– Odszedł – odparł Steffen. – Tylko tyle wiem. Przepraszam. Nie wiem nic, co mogłoby wam pomóc.

Nagle dobiegł ich głośny szum. Odwrócili się i zobaczyli, jak ścieki spadają zsypem do kubła z plaśnięciem. Steffen odwrócił się i pobiegł przez izbę do kubła. Stanął w jego pobliżu i obserwował, jak wypełniał się nieczystościami spływającymi z położonych wyżej komnat.

Gwen popatrzyła na Godfreya, a on na nią. Był równie zdumiony, co Gwen.

– Cokolwiek ukrywa – powiedziała – łatwo tego nie wyjawi.

– Możemy wtrącić go do lochu – powiedział Godfrey. Może to zachęci go do mówienia.

Gwen potrząsnęła głową.

– Nie sądzę. To nie ten typ. Łatwo zauważyć, że panicznie się czegoś boi. Myślę, że to ma coś wspólnego z jego panem. Wyraźnie targają nim jakieś sprzeczności. Nie uważam jednak, że dotyczy to śmierci naszego ojca. Myślę, że wie coś, co mogłoby nam pomóc – ale mam przeczucie, że dalsze przypieranie go do muru sprawi, że zamknie się na dobre.

– To co zrobimy? – spytał Godfrey.

Gwen zaczęła o tym myśleć. Przypomniała sobie jedną z jej przyjaciółek, kiedy jeszcze była mała i złapano ją na kłamstwie. Jej rodzice próbowali wydobyć z niej prawdę na różne sposoby, ta jednak poszła w zaparte. Dopiero kilka tygodni później, kiedy wszyscy dali jej już spokój, sama z siebie przyszła i wszystko wyjawiła. Gwen wyczuła, że Steffen miał podobny charakter, że zagonienie go w róg skończyłoby się jedynie jego milczeniem, iż potrzebuje przestrzeni, czasu, by samemu zdecydować, kiedy wyjawić prawdę.

– Dajmy mu trochę czasu – powiedziała. – Poszukajmy gdzie indziej. Zobaczymy, czy zdołamy dowiedzieć się czegoś jeszcze i potem tu wrócimy. Myślę, że się otworzy. Tylko nie jest jeszcze na to gotowy.

Odwróciła się i przyjrzała Steffenowi, który stał przy kuble i obserwował, jak ścieki wypełniają kubeł. Była pewna, że doprowadzi ich do zabójcy ich ojca. Nie wiedziała jedynie w jaki sposób. Zastanawiała się, co skrywają jego myśli.

Był naprawdę osobliwym człowiekiem. Bardzo osobliwym.

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Thor spróbował złapać oddech. Zamrugał oczyma, by pozbyć się z nich nadmiaru wody. Był całkowicie przemoknięty. Woda przelewała się wokoło i wciskała do jego ust, nosa i uszu. Ześliznąwszy się po pokładzie na drugą stronę łodzi, przywarł do drewnianego relingu i trzymał ze wszystkich sił, a woda nieustępliwie próbowała wyrwać go z jego uchwytu. Wszystkie mięśnie drżały mu z wyczerpania. Nie wiedział, ile jeszcze zdoła wytrwać.

Pozostali chłopcy robili podobnie, trzymali się, czego popadnie, ile sił w rekach, starając się nie dać zmyć z pokładu. Jakoś to im się udawało.

Ryk wody był ogłuszający, a widoczność zmniejszyła się do zaledwie kilku stóp. Mimo, że był to letni dzień, woda była lodowata i przyprawiała go o ciarki, których nie mógł znieść. Kolk stanął na pokładzie i spojrzał na nich gniewnie z rękoma opartymi na biodrach. Niewzruszony ścianą deszczu, wrzeszczał na wszystkich.

– WRACAĆ NA MIEJSCA! – krzyczał. – WIOSŁOWAĆ!

Sam zajął miejsce przy jednym z wioseł i zaczął wiosłować. Chwilę później, ślizgając się po pokładzie, chłopcy rzucili się w kierunku wioseł. Serce Thora zabiło mocniej, kiedy puścił reling i z wysiłkiem brnął przez pokład. Schowany za koszulą Krohn miauknął, kiedy Thor pośliznął się i upadł z impetem na podłogę.

Resztę drogi pokonał czołgając się. Po chwili zasiadł na swoim miejscu.

– PRZYWIĄZAĆ SIĘ! – wrzasnął Kolk.

Thor rzucił okiem pod ławkę i zobaczył splątane liny. W końcu dotarło do niego, do czego służyły: sięgnął po jedną i obwiązał nadgarstek, przykuwając się w ten sposób do wiosła i ławki.

Zadziałało. Przestał się ześlizgiwać. Wkrótce był w stanie też wiosłować.

Wszyscy wokół wrócili do wioseł. Reece usiadł przed nim. Ich łódź ruszyła z miejsca. Chwilę potem Thor zobaczył, że ściana deszczu rozjaśnia się przed nimi.

Wiosłował uparcie, skóra go piekła od tego dziwnego deszczu, a każdy mięsień dosłownie wył z bólu. W końcu dźwięk deszczu zaczął cichnąć. Thor czuł, że na jego głowę spada coraz słabszy strumień. Po chwili wypłynęli na wypełnione słońcem wody.

Thor rozejrzał się. Był w szoku. Była to najdziwniejsza rzecz, jaką do tej pory widział w swoim życiu: połowa łodzi błyszczała w słońcu, a druga tonęła w ulewie.

W końcu, zawieszone na czystym, niebiesko–żółtym niebie słońce, objęło swymi ciepłymi promieniami całą łódź. Zapanowała cisza. Deszczowa ściana znikła wkrótce z ich oczu i wszyscy popatrzyli na siebie ze zdumieniem. Poczuli się, jakby przeszli przez kurtynę do innego świata.

– SPOCZNIJ! – wrzasnął Kolk.

Wszyscy chłopcy puścili swe wiosła wydając z siebie jeden zbiorowy jęk, dysząc i próbując złapać oddech. Thor czuł, jak każdy jego mięsień drży. Był wdzięczny za chwilę przerwy. Osunął się na miejsce, łapiąc oddech szeroko otwartymi ustami i spróbował ulżyć swym mięśniom kompletnie się rozluźniając. Ich łódź kołysała się łagodnie na tych nieznanych mu wodach.

W końcu doszedł do siebie, wstał i rozejrzał się. Spojrzał w dół na wodę i stwierdził, że zmieniła kolor. Teraz miała jaskrawą, jasnoczerwoną barwę. Wpłynęli na zupełnie inne morze.

– Smocze Morze – powiedział Reece stojący obok i również spoglądający na wodę. – Powiadają, że jego kolor od krwi ofiar pochodzi.

Thor przyjrzał się wodzie jeszcze raz. Gdzieniegdzie wydobywały się na jego powierzchnię pęcherzyki powietrza, a w niewielkim oddaleniu pojawiały się co chwilę dziwne stworzenia. Żadne z nich nie zawisło w powietrzu na tyle, żeby zdążył przyjrzeć się mu dokładnie. Nie chciał jednak ryzykować i nachylać się niżej.

Thor odwrócił się i rozejrzał próbując pojąć to, co właśnie widział. Wszystko tutaj, po tej stronie deszczowej ściany wyglądało obco, było tak odmienne. W powietrzu, nisko nad wodą zawisła nawet delikatna czerwona mgła. Na horyzoncie natomiast widniały dziesiątki małych wysepek rozmieszczonych niczym kamienie w strumieniu.

Nagle podniósł się mocny wiatr i Kolk krzyknął:

– PODNIEŚĆ ŻAGLE!

Thor skoczył wraz z pozostałymi chłopcami do żagli, chwycił linę i zaczął podciągać żagiel w górę, aż ten złapał wiatr. Wszystkie żagle wydęły się od wiejącej bryzy i ich łódź ruszyła szybko do przodu, wprost na widniejące na horyzoncie wysepki. Łódź kołysała się na wielkich falach, które napływały niewiadomo skąd, łagodnie unosząc się i opadając.

Thor poszedł na dziób, oparł się o reling i rozejrzał. Reece i O’Connor dołączyli do niego z obu stron. Stali przez dłuższą chwilę w ciszy, spoglądając na szybko zbliżające się wyspy. Chłodna bryza koiła ich nadwyrężone ciała i pozwoliła się odprężyć.

W końcu Thor zauważył, iż płynęli w kierunku jednej z wysp. Z czasem rosła w jego oczach i poczuł chłód na myśl, że oto miał przed sobą cel całej wyprawy.

– Wyspa Mgieł – powiedział Reece z podziwem.

Przyglądał się jej w skupieniu. Powoli zaczął rozróżniać kształt – wyboisty, skalisty i jałowy. Rozciągała się na kilka mil w każdym kierunku, wydłużona i wąska, przypominała kształtem końską podkowę. Potężne fale rozbijały się o jej brzegi z grzmotem słyszanym nawet z tej odległości. Woda uderzała z łoskotem w ogromne głazy i tryskała potężnymi kaskadami piany. Za nimi leżał niewielki skrawek lądu, nad którym górowały klify pnące się pionowo w górę hen wysoko. Thor nie mógł dostrzec żadnego miejsca, w którym ich łódź mogłaby bezpiecznie przybić do wyspy.

Osobliwość tego miejsca potęgowała dodatkowo czerwonawa mgła przykrywająca całą wyspę, niczym rosa iskrząca się w słońcu. Wyspa emanowała złowieszczo czymś nieludzkim i nieziemskim.

– Powiadają, że leży tu niepokonana od milionów lat – dodał O’Connor. – Jest starsza od Kręgu. Starsza nawet od Imperium.

– Należy do smoków – nadmienił Elden podchodząc do Reece’a.

Nagle drugie słońce gwałtownie zniżyło się nad horyzontem, zamieniając słoneczny, jasny dzień niemal w mrok rozświetlany jego ostatnimi promieniami. Niebo nabrało czerwonofioletowej barwy. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Nigdy jeszcze nie widział, żeby słońce poruszało się tak szybko. Zastanawiał się, czym jeszcze różniła się ta część świata od jemu znanego.

– Żyje tu jakiś smok? – spytał Thor.

Elden potrząsnął głową.

– Nie, ale słyszałem, że jakiś mieszka niedaleko stąd. Powiadają, że to jego oddech zabarwia tę mgłę na czerwono. W nocy jego oddech unosi się nad sąsiednią wyspą, a za dnia wiatr znosi go tutaj, pokrywając ją całkowicie.

Nagle usłyszał jakiś hałas. Na początku zabrzmiało to jak dudnienie, jak piorun, na tyle głośny i długotrwały, że potrząsnął całą łodzią. Krohn, który nadal chował się za jego koszulą, dał nura głębiej i zakwilił.

Wszyscy odwrócili się w kierunku, z którego nadbiegł ów dźwięk. Gdzieś na horyzoncie Thor dostrzegł niewyraźne kontury płomieni liżących zachodzące słońce, po czym ogień pochłonął czarny dym. Wyglądało to, jak wybuch niewielkiego wulkanu.

– To smok – powiedział Reece. – Jesteśmy na jego terytorium.

Thor przełknął ślinę. Zamyślił się.

– To jak my mamy tu być bezpieczni? – spytał O’Connor.

– Nigdzie nie jesteś bezpieczny – dobiegł ich donośny głos.

Thor odwrócił się na pięcie i zobaczył Kolka. Ręce oparł na biodrach i przyglądał się horyzontowi nad ich głowami.

– Na tym polega Rytuał, by każdy dzień przeżyć ryzykując swe życie. To już nie są ćwiczenia. Smok mieszka niedaleko i w każdej chwili może zaatakować. Prawdopodobnie tego nie zrobi, gdyż zazdrośnie strzeże skarbu na własnej wyspie. A smoki nie lubią pozostawiać swoich skarbów bez ochrony. Ale nieraz usłyszycie jego ryk i zobaczycie jego płomienie w nocy. A jeśli rozgniewamy go w jakikolwiek sposób, wszystko może się zdarzyć.

Thor usłyszał kolejne nisko brzmiące dudnienie. Znów też zobaczył płomienie na horyzoncie. Zbliżali się coraz bardziej do wyspy, a fale rozbijały się o nią z coraz głośniejszym łoskotem. Spojrzał na strzeliste klify, na tę ścianę z kamienia, i zaczął zastanawiać się, jak dotrą tam na szczyt, na suche równinne ziemie.

– Tylko nie widzę miejsca, gdzie moglibyśmy przybić – powiedział Thor.

– Nie ma tak łatwo – rzucił Kolk.

– To jak dotrzemy na ląd? – spytał O’Connor.

Kolk uśmiechnął się do niego złowieszczo.

– Popłyniecie.

Przez chwilę Thor myślał, że Kolk sobie zażartował. Wkrótce jednak wyraz twarzy potwierdził jego słowa. Thor przełknął.

– Mamy płynąć? – spytał Reece z niedowierzaniem.

– Ależ to dopiero początek – kontynuował Kolk. – Te pływy są zdradzieckie, te wiry będą wciągać was na dno, te fale będą ciskać wami o postrzępione skały, woda jest gorąca, a jeśli uda się wam przedostać przez tamte skały, będziecie musieli znaleźć sposób na to, żeby wspiąć się na te klify i stanąć na suchym lądzie. Jeśli zdołacie najpierw umknąć morskim stworom. Witajcie w nowym domu.

Thor stał jak wrośnięty pośród innych chłopców przy burcie ich łodzi, spoglądając na spienioną wodę poniżej. Woda kłębiła się niczym jakieś żywe stworzenie, morskie pływy z każdą chwilą przybierały na sile, rzucając ich łodzią raz w tę, raz w tamtą stronę. Z ledwością utrzymywał równowagę. A poniżej woda przelewała się w szaleńczym tempie, kłębiła się bezustannie. Jej jasnoczerwona barwa wyglądała jak krew rodem z samych piekieł. Thor zauważył jednak, że najgorszą rzeczą w tym wszystkim były morskie stworzenia, które co chwilę podpływały do powierzchni wody, wystawiały głowy, kłapały paszczami i ponownie znikały w czeluściach.

Nagle, ich łódź zarzuciła kotwicę, daleko od brzegu i Thor przełknął ślinę. Popatrzył na głazy stanowiące linię brzegową wyspy i zaczął zastanawiać się, jak mają pokonać tak wielką odległość wpław. Huk rozbijających się fal rósł z każdą chwilą i sprawiał, że trzeba było krzyczeć, aby ktoś cię usłyszał.

Kilka mniejszych wiosłowych szalup opuszczono do wody, po czym zasiadający w nich dowódcy odpłynęli na dobre trzydzieści jardów od ich łodzi. Zbytnio im tego nie ułatwiali: musieli popłynąć do nich wpław.

Na samą myśl o tym Thora skręciło w żołądku.

– SKACZ! – krzyknął Kolk.

Pierwszy raz Thor poczuł strach. Pomyślał, czy nie umniejszyło to go, jako członka legionu, jako wojownika. Wiedział, że wojownik powinien przez cały czas pozostawać nieustraszony, ale musiał to przyznać: w tej chwili naprawdę zaczął się bać. Nienawidził tego uczucia. Chciał móc się nie bać. Lecz nie potrafił.

Rozejrzał się jednak dokoła po twarzach innych chłopców, przerażonych na równi z nim, i poczuł się lepiej. Wszyscy oni stali blisko przy burcie unieruchomieni strachem i spoglądali na wodę. Jeden z nich bał się aż tak bardzo, że zaczął się trząść. Był to ten sam chłopiec, który owego dnia bał się wykonać ćwiczenie z tarczą i musiał przebiec dodatkowe okrążenia.

Kolk musiał to wyczuć, gdyż podszedł wprost do niego, niewzruszony silnymi powiewami wiatru, które odrzucały jego włosy do tyłu. Szedł z grymasem na twarzy, wyglądając na gotowego stawić czoło największym siłom przyrody. Podszedł bliżej i spojrzał gniewnie na chłopca.

– SKACZ! – wrzasnął.

– Nie! – odparł chłopiec. – Nie mogę! Nie zrobię tego! Nie umiem pływać! Zabierzcie mnie z powrotem do domu!

Kolk zbliżył się jeszcze bardziej do niego i kiedy chłopiec zaczął wycofywać się w głąb łodzi, chwycił za poły jego koszuli i podniósł go wysoko w górę.

– No to najwyższy czas żebyś nauczył się pływać! – warknął Kolk i rzucił chłopca do wody. Thor nie mógł w to uwierzyć.

Chłopiec poleciał w powietrze z krzykiem, przez dobre piętnaście stóp, i wpadł do wody z chlupotem. Po chwili wynurzył się na powierzchnię i wymachując rękoma próbował złapać powietrze.

– POMOCY! – krzyknął.

– Jakie jest pierwsze prawo legionu? – krzyknął Kolk zwróciwszy się do pozostałych chłopców na łodzi, całkowicie ignorując topielca.

Thor przypomniał sobie poprawną odpowiedź jak przez mgłę, lecz był zbyt zdenerwowany z powodu tonącego obok chłopca, żeby powiedzieć ją na głos.

– Pomagać braciom legionistom w potrzebie! – wrzasnął Elden.

– A ten jest w potrzebie? – zawył Kolk wskazując palcem na wodę.

Chłopiec wyrzucił ramiona nad głowę. Co chwila znikał i pojawiał się na powierzchni wody, a reszta chłopców gapiła się tylko na niego, zbyt przerażona by samemu wskoczyć do wody.

W tej chwili coś dziwnego stało się z Thorem. Próbując skupić się na tonącym chłopcu, wymazał ze świadomości wszystko inne. Nie myślał już o sobie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że sam może za chwilę zginąć. Morze, stwory, potężne fale... wszystko znikło. Wszystko, o czym w tej chwili myślał skupiało się na uratowaniu kogoś innego.

Wszedł na reling, ugiął nogi w kolanach i bez namysłu skoczył wysoko w powietrze, głową na przód, w bulgocące, czerwone wody poniżej.

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Gareth siedział na tronie swego ojca w Sali Wielkiej, pocierając dłońmi smukłe, drewniane poręcze i obserwował rozgrywającą się przed nim scenę: tysiące poddanych przybyły ze wszystkich stron Kręgu i cisnęły się teraz w wielkim tłoku, chcąc uczestniczyć w niepowtarzalnym wydarzeniu, jakim była próba podniesienia Dynastycznego Miecza.  Wszyscy oni pragnęli zobaczyć, czy to on okaże się Wybrańcem. Ostatni raz taka okazja zdarzyła się wiele lat temu, kiedy ojciec Garetha jako młody król próbował tego dokonać i nie było nikogo, kto nie chciałby tego zobaczyć tym razem. Podniecenie zawisło w powietrzu niczym chmura.

Oczekiwanie na tę chwilę otumaniło nawet Garetha. Obserwował, jak coraz więcej ludzi zbiera się przed nim, jak tłum gęstnieje z każdą chwilą i zastanawiał się. Może doradcy ojca mieli rację. Może rzeczywiście to był zły pomysł. Może nie powinien organizować tego wydarzenia w Sali Wielkiej. Ani pozwolić, żeby ci wszyscy ludzie byli tego świadkami. Gareth nie ufał jednak ludziom swego poprzednika. Bardziej wierzył w swoje przeznaczenie, niż w opinię popleczników swego ojca. Chciał, żeby całe królestwo było świadkiem jego czynu, potwierdzenia, że to on jest Wybrańcem. Chciał, żeby ten historyczny moment zapadł ludziom głęboko w pamięć. Ta chwila, w której objawiło się jego przeznaczenie.

Gareth wszedł do Sali z klasą, dostojnym krokiem w otoczeniu swoich doradców, z koroną na głowie i berłem w dłoni, przyodziany w królewską opończę. Chciał, żeby ci wszyscy ludzie zobaczyli, że to on, a nie jego ojciec, był prawdziwym królem, prawdziwym MacGilem. Zgodnie z jego oczekiwaniami, nie minęło dużo czasu by poczuł, że zamek należy do niego razem ze wszystkimi poddanymi. Chciał, aby wszyscy to teraz zrozumieli, chciał im wszystkim dać pokaz swojej siły. Po dzisiejszym wydarzeniu będą wiedzieć z całą pewnością, że to on jest ich jedynym i prawdziwym władcą.

Teraz jednak, kiedy tak siedział na tronie i wpatrywał się w puste żelazne żerdzie na środku sali, na których miał spocząć miecz – oświetlony przez smugę światła wpadającą tu przez otwór w suficie, zabrakło mu pewności. Powaga czynu, którego miał się za chwilę dopuścić, przygniotła go do siedziska; miał zamiar zrobić coś nieodwołalnego, coś, od czego nie było odwrotu. A co jeśli rzeczywiście nie podoła? Próbował wyrzucić to ze swej głowy.

Wielkie drzwi po drugiej stronie sali otworzyły się ze skrzypnięciem. Gdzieniegdzie rozległy się próby uciszenia podekscytowanego tłumu i po chwili zapanowała pełna oczekiwania cisza. Do środka weszło z tuzin najsilniejszych mocarzy we dworze, niosąc miedzy sobą miecz i uginając się od jego ciężaru. Sześciu mężczyzn z każdej strony stawiało powoli kroki jeden za drugim, kierując się w stronę żerdzi.

Serce Garetha przyspieszyło na ten widok. Przez krótką chwilę zawahał się – jeśli tych dwunastu mężczyzn, największych, jakich do tej pory miał okazję widzieć, z ledwością utrzymywało miecz w powietrzu, to jaką on miał szansę? Znów odepchnął te myśli od siebie. Wszak miecz wiązał się z przeznaczeniem, a nie z siłą. I zmusił się by pamiętać, że to jego przeznaczenie sprowadziło go tutaj, to ono sprawiło, że był pierworodnym MacGila, że został królem. Poszukał wzrokiem Argona; z jakiegoś powodu poczuł nagłą chęć zasięgnięcia jego rady. W tej chwili potrzebował go najbardziej. Z jakiegoś powodu druid był jedyną osobą, która przychodziła mu teraz na myśl. Lecz oczywiście nigdzie go nie było.

W końcu tuzin osiłków dotarł na środek Sali Głównej, kładąc miecz w snopie słonecznego światła na żelaznych żerdziach. Opadł z dźwięcznym szczękiem, który rozszedł się falami w pomieszczeniu. Zapadła całkowita cisza.

Tłum rozstąpił się instynktownie, tworząc przed Garethem alejkę biegnącą w kierunku miecza.

Gareth wstał z tronu powoli, rozkoszując się tą chwilą, delektując byciem w centrum uwagi. Czuł spojrzenia wszystkich skupione na nim. Wiedział, że podobna chwila nigdy więcej się nie wydarzy. Nigdy więcej całe królestwo nie będzie patrzeć na niego z takim natężeniem, tak absolutnie analizując każdy jego ruch. Przeżył tę chwilę w swoich myślach już wielokrotnie, począwszy od najmłodszych lat. I oto nadeszła. Chciał, by trwała jak najdłużej.

Zszedł po stopniach wiodących do tronu, zatrzymując się na każdym z osobna, delektując każdą sekundą. Wszedł na czerwony dywan. Czuł jego miękkość pod swymi stopami. Zbliżał się do oświetlonego miejsca, do miecza. Wydawało mu się, że śni. Że idzie obok siebie. Jak gdyby pokonywał ten niewielki odcinek drogi już tysięczny raz, a miecz uniósł milion razy. We snach. Sprawiało to, że jego przekonanie o takim właśnie losie rosło w nim z każdym krokiem, że wychodzi naprzeciw swemu przeznaczeniu.

Widział oczyma wyobraźni, jak to wszystko się potoczy: śmiało podejdzie do miecza, wyciągnie przed siebie jedną rękę, a kiedy jego poddani nachylą się, by lepiej wszystko widzieć, podniesie miecz wysoko nad głową w teatralnym geście. Wszyscy zareagują gwałtownym wdechem i rzucą się na twarz, obwołując go Wybrańcem, najważniejszym MacGilem spośród całej linii jego rodu, którym przyszło władać tym królestwem, tym, który miał rządzić już po wieki. Będą płakać z radości na jego widok. Będą kajać się przed nim ze strachu. Będą składać dzięki Bogu, że przyszło im dożyć tej chwili. Będą czcić go niczym boga.